Na osiedlu mówili na nią: „mała księżniczka z dużym dekoltem”. Gdy przechadzała się, chłopcy odruchowo chwytali za rozporki. Tego dnia, gdy nastał czas, bardzo mocno wiało ze wschodu. W powietrzu fruwały kapelusze, nylonowe reklamówki, liście i wrażenie, że tym światem żądzą jeszcze pierwotne siły. Nikt z rodziny nie pamięta, o której opuściła mieszkanie; nikt nie odradził jej wyjścia na zewnątrz w taką pogodę. Sąsiedzi dawno schowali się za grube drzwi i liczne zamki, które pielęgnowały w nich leniwe uczucie spokoju, pozbawione zupełnie pragnienia wiedzy o zjawiskach zewnętrznych. Klatkę schodową przebiegła zapewne niezauważona. Po zielonych adidasach nie pozostał ślad.
Lubiła sok porzeczkowy i Januarego, który jeździł Tarpanem. Gdy tylko robiło się ciepło zabierał ją nad rzekę, do lasu, lub na krótki wojaż w okoliczne pagórki. Dobrze czuła się w jego towarzystwie. Był postawny, ale raczej łagodny. Nigdy też nie próbował jej uderzyć. Niestety wyjechał za granicę we wrześniu. Jego ojciec poważnie się rozchorował i krajowa waluta już mu nie pomagała. Przeżywała to tylko kilka dni. Po nich, poznała Janka, którego już tak bardzo nie lubiła. Zbyt często zasypiała przez niego na słonej poduszce. Janek z całą pewnością posiadał obie cechy, jakie jego zdaniem posiadać powinien prawdziwy mężczyzna: mocną głowę i twardego kutasa. W połączeniu z jego gwałtownością, kiepskimi manierami i towarzystwem podobnych mu kompanów, powstawała więc mieszanka, która kazała zapomnieć jej o resztkach wstydu i jakiejkolwiek przyzwoitości.
Każde miasto ma swoją tajemnicę, osiedle sekretną kryjówkę a kamienica historię. Każda historia ma swoich bohaterów, a tajemnica sedno. Dlaczego nie wzięła ze sobą telefonu mobilnego, torebki z kluczami? Dlaczego tej nocy tak przeraźliwie wyły psy? Zaczęli jej szukać dopiero po dwóch dniach. Przeszukali długie rzędy osiedlowych garaży, starą cegielnię, park ośrodka gminnego. Bez rezultatu. Z Miasta przyjechał słynny na cały kraj jasnowidz, który ponoć jest w stanie wskazać przybliżoną lokalizację każdego, posługując się jedynie zapachem jego pościeli. Czarnym samochodem przyjechał komisarz, zaangażowali się sąsiedzi. Na nic się to zdało. Z czasem przywykli, obrośli w codzienność. Czasem tylko, gdy nocą wyły psy, naciągali kołdry na głowę i zmawiali ciche modlitwy.
Gdzie była w tym czasie? To już zależy od tego, w co kto wierzy. Jedni mówią, że Bóg się nad nią zlitował i przyjął do swego królestwa, inni, że użyźnia okoliczną ściółkę leśną, zakopana pod którymś ze starych dębów. Ponoć są też tacy, którzy widzieli ją spacerującą na szpilkach po ulicach Acapulco, w towarzystwie wysokiego, gładko ogolonego kreola.
kolejna koleina
poniedziałek, 3 października 2011
czwartek, 11 sierpnia 2011
3
Tak to właśnie jest panie Bartłomieju – Dawid oparł łokcie o blat – w tym kraju wszystko jest chore. Choroba dotyka naszego myślenia, postrzegania świata, trawi władzę polityczną, rządzę konsumpcyjną, kompleks podległości i samostanowienia. Pod tą flagą rozprzestrzenia się wirus obojętności i pokazówek, pozornej jedności i ukrytej nienawiści. Alkohol, religia, pogoda, historia, wszystko jest na swój sposób zatrute. Polska, to choroba wrodzona, genetyczna. Problem jednak w tym, że nikt tu nie chce przyznać, ze jest chory, nawet przed samym sobą. Wolimy udawać, że nasze ułomności to geniusz szaleńca, że jesteśmy wybrańcami bogów, którzy tylko na moment o nas zapomnieli. Tu każdy jest erudytą, ekspertem, filozofem lub świetnym kierowcą, a w rozmowach, używa sądów kategorycznych częściej, niż zwrotów grzecznościowych. Stworzyliśmy sobie na tym skrawku ziemi przytulny chlew pełen nadziei i śmieci. Nienawidzimy go, przeklinamy, ale gdy tylko los ześle nas na wygnanie, natychmiast zaczynamy tęsknić za jego smrodem. Ja nie chcę płodzić dzieci w tym bagnie. Nie chcę patrzeć jak dorastają żywiąc się pustką, pijąc zgniłe życie. Czasami wyobrażam sobie, że mam córkę, która ma swój ukryty przede mną świat, pełen obślinionych spojrzeń starszych facetów o dwóch podbródkach i wypchanych szemranymi interesami portfelach, którzy chcą ja dotykać i pieprzyć jej młode ciało w ukryciu przed małżonkami. Wyobrażam sobie, że jej może się to podobać i sprawiać radość. Świat stał się czystym szaleństwem. Dziś wszyscy zdążyli się już zgubić pomiędzy pełnymi pułkami. Chyba nie mieliśmy jeszcze generacji, która tak często odbijałaby się w szybach. Nie odbijają się tylko krzyżyki, bo tak mało zostało nam już wiary. A na końcu, nad wszystkim, jak wygłodzony jastrząb krąży prasa. Wolna, wszystkowidząca i bezlitosna. Wie pan, oni potrafią zniszczyć każdego, mnie by też złamali. Knucie i szczucie przeciwko sobie, tylko to się teraz opłaca, tylko to jednoczy dziś ludzi. Manipulacja stała się chlebem powszednim. Żywimy się nią, oddychamy, staramy wykorzystać dla własnych celów. Nikt już nie chce rzucić się w wir prawdziwego życia, zerwać zasłony Mai i poczuć na twarzy promieni słońca. Wolimy kreować się, tworzyć wciąż na nowo, kolorować wyobrażenia innych na nasz temat. Niektórzy kontakt z realnym życiem mają tylko wówczas, gdy ukąsi ich jakiś owad. Czy o taką właśnie Polskę pan walczył, czy dla takiego kraju ginęli pana rówieśnicy?
- Dla takiego i nie dla takiego – Bartłomiej odparł spokojnie gładząc rzadką, siwą brodę. – Przede wszystkim musisz wiedzieć mój drogi Dawidzie, że żaden z nas nie bił się dla siebie. My od początku byliśmy straconym pokoleniem, którego krew musiała użyźnić glebę i umysły, aby zrodziło się nowe. Musieliśmy nosić w sercach bezwzględność, umieć niszczyć i zabijać, musieliśmy umieć nienawidzić po to, by po nas przyszły pokolenia budowniczych, które zaczną kochać, współczuć, rodzić. Dlatego tak bardzo bolą mnie twoje słowa. Nie słyszę w nich tej miłości i tego dobra. A przecież potrafiłeś być inny jeszcze nie tak dawno temu, kiedy jeszcze spotykałeś się z Anetą. To była dobra i piękna dziewczyna. Zamiast więc siedzieć tu ze starym dziadem, może powinieneś zadzwonić do niej i zaprosić na lody, lub ciastko? Może w tej sprawie da się coś jeszcze zrobić?
-Chciałbym – Dawid wyjął z paczki ostatniego papierosa i zapalił. Dym powoli wspinał sie się pod sufit. – Próbowałem nawet dziś namówić ją na spotkanie. Niestety umówiła się wcześnie z jakąś koleżanką, Kamilą, czy coś takiego. Ostatnio coraz częściej się z nią spotyka. To jakaś dziwna dziewczyna jest. Muszę przyznać, że trochę się martwię. Mam wrażenie, że z nią dzieje się coś niedobrego panie Bartłomieju.
- Dla takiego i nie dla takiego – Bartłomiej odparł spokojnie gładząc rzadką, siwą brodę. – Przede wszystkim musisz wiedzieć mój drogi Dawidzie, że żaden z nas nie bił się dla siebie. My od początku byliśmy straconym pokoleniem, którego krew musiała użyźnić glebę i umysły, aby zrodziło się nowe. Musieliśmy nosić w sercach bezwzględność, umieć niszczyć i zabijać, musieliśmy umieć nienawidzić po to, by po nas przyszły pokolenia budowniczych, które zaczną kochać, współczuć, rodzić. Dlatego tak bardzo bolą mnie twoje słowa. Nie słyszę w nich tej miłości i tego dobra. A przecież potrafiłeś być inny jeszcze nie tak dawno temu, kiedy jeszcze spotykałeś się z Anetą. To była dobra i piękna dziewczyna. Zamiast więc siedzieć tu ze starym dziadem, może powinieneś zadzwonić do niej i zaprosić na lody, lub ciastko? Może w tej sprawie da się coś jeszcze zrobić?
-Chciałbym – Dawid wyjął z paczki ostatniego papierosa i zapalił. Dym powoli wspinał sie się pod sufit. – Próbowałem nawet dziś namówić ją na spotkanie. Niestety umówiła się wcześnie z jakąś koleżanką, Kamilą, czy coś takiego. Ostatnio coraz częściej się z nią spotyka. To jakaś dziwna dziewczyna jest. Muszę przyznać, że trochę się martwię. Mam wrażenie, że z nią dzieje się coś niedobrego panie Bartłomieju.
Subskrybuj:
Posty (Atom)